≡ Menu
malzenstwojestdobre.pl
młodzież w domu

Pytanie o to, jak rozmawiać z młodymi ludźmi, powraca niczym bumerang przy okazji kolejnych publikacji na temat ich języka  religijnego i próbach tworzenia tekstów religijnych przez młodzież i dla młodzieży. Było tak, kiedy ukazały się słynna już „Dobra czytanka według św. ziom’a Janka” czy „Modlitewnik dla młodych” autorstwa o. Wojciecha Jędrzejewskiego OP. Dyskusje koncentrują się najczęściej na problemie języka, jakim należy rozmawiać z młodymi ludźmi. Wydaje się jednak, że o wiele ważniejsze jest to, o czym z nimi mówić, a najważniejsze – to jak przełamać ich niechęć, a czasami nawet wrogość wobec Kościoła.

po pierwsze, nie osądzać
Przypominam sobie rozmowę jednego z biskupów z księdzem katechetą, który żalił się, że – cytuję – „te głupki nie chcą mnie słuchać na katechezie”. Odpowiedź biskupa była krótka: „Bo oni wiedzą, że masz ich za głupków”. Ksiądz, który bezkrytycznie przyłącza się do zgodnego chóru narzekających na „dzisiejszą młodzież”, rozwydrzoną bardziej niż kiedykolwiek, popełnia pedagogiczny falstart. Niełatwo mu będzie to potem naprawić. Traktowanie młodzieży jako potencjalnych kandydatów na mieszkańców zakładów odosobnienia to dobry sposób na budowanie murów, a nie mostów. Owszem, Kościół nie może wyrzec się prawa do osądu moralnego ludzkich czynów, ale musi wiedzieć, kiedy i w jaki sposób tego osądu dokonać. Jednym z powodów popularności isukcesu Jurka Owsiaka, jego Orkiestry i Przystanku Woodstock wśród młodzieży jest fakt, że Jurek nieustająco przekonuje młodzież, by nie dała sobie wmówić, że jest zła. Dodajmy, że dzielenie młodych ludzi na tych, co jeżdżą do Owsiaka i tych, co chodzą na pielgrzymki i jeżdżą na oazy, nie jest ani prawdziwe, ani pedagogicznie korzystne. Oczywiście, może ktoś powiedzieć, że jest to próba fałszywego przypodobania się młodzieży, typowe captatio benevolentiae, czyli zjednywanie sobie względów u odbiorcy. Uważam, że tak nie jest; przeciwnie – jest to konieczny warunek poprawnej i skutecznej strategii komunikacyjnej. Taka postawa jest właściwa – przepraszam za słowo górnolotne – miłości, dla której punktem wyjścia jest wstępna bezwarunkowa afirmacja drugiego człowieka. Ten, kto kocha, potrafi dostrzec dobro w osobie kochanej, dobro, którego inni nie dostrzegają, a może nawet takie dobro, którego nie widzi sama osoba kochana. Nie trzeba chyba dodawać, że tak właśnie postrzega nas Bóg.

po wtóre, nie zaczynać od końca
Zgadzam się z o. Timothym Radcliff’em OP, byłym generałem dominikanów, który pisał, że jednym z największych problemów współczesnego Kościoła jest jego wizerunek. Kościół ma kłopot ze swoim PR. W społeczeństwie, a już zwłaszcza w młodszej jego części, panuje powszechne przekonanie, że chrześcijaństwo sprowadza się do moralności, a moralność – do zakazów. „Czasami uchodzimy za osoby, które mówią tylko o zakazach – mówił Benedykt XVI do młodzieży w Nowym Jorku. – Nie ma nic dalszego od prawdy! Prawdziwe uczniostwo chrześcijańskie odznacza się uczuciem zdumienia. Stajemy przed tym Bogiem, którego znamy i kochamy jak przyjaciela, przed rozległością Jego stworzenia i pięknem naszej wiary chrześcijańskiej”. Dopiero ze zdumienia Bogiem może wynikać posłuszeństwo Jego przykazaniom. Niestety, to wciąż tylko pobożne życzenie. Wystarczy posłuchać młodych ludzi, którym Kościół kojarzy się tylko – w ich przekonaniu – z obsesyjną wręcz koncentracją na grzechach w sferze seksualnej. Że nie wspomnę już o tym wszystkim, co o Kościele młodzi ludzie piszą na najróżniejszych forach internetowych. Tam nam się dopiero dostaje! Jednym z najbardziej dyskutowanych tematów jest kwestia piątkowego zakazu udziału w zabawach z powodu pokutnego charakteru tego dnia. Problem, który ostatecznie dotyczy dyscypliny Kościoła i wynika z przykazań kościelnych, i trudno go tym samym nazwać najistotniejszym dla naszego zbawienia, przyczynia się do prawdziwych wojen religijnych między młodzieżą, rodzicami a Kościołem. A przecież w kulturze weekendu piątkowa dyskoteka jest bez mała jak dogmat. Czy da się zdobyć zaufanie młodzieży,  zaczynając od kruszenia kopii o piątkową dyspensę na „półmetek”?

po trzecie, po ludzku
Słuchając niektórych kaznodziejów (pewno także niektórych katechetów) odnoszę wrażenie, że urodzili się i wychowali od razu w klasztorze albo seminarium, a ich becikiem od maleńkości była sutanna. Ich sposób mówienia nie zdradza bowiem żadnego żywego związku z otaczającą rzeczywistością. Za drzwiami kościoła świat się kończy. Nie potrafią powiedzieć kazania czy katechezy, by nie było tam anamnezy, epiklezy, eklezjalności, relacji trynitarnej czy też wielu innych niezrozumiałych dla zwykłego śmiertelnika słów z żargonu zawodowego, którym nasiąkli niczym gąbka. Badania przeprowadzone niegdyś przez ks. Wiesława Przyczynę pokazały, że większość kleryków miała poważne trudności z przetłumaczeniem tekstu teologicznego na ludzki język, tzn. język codzienny, taki, jakim posługują się „normalni” ludzie. Od razu dorzucę, iż nie zgadzam się z tezą, że o Bogu nie da się mówić po ludzku i po świecku. Czy znaczy to, że jeden żargon należy zamienić na drugi – zawodowy na środowiskowy, czyli kaznodziejską nowomowę na młodzieżową gwarę? Oczywiście, nie. Młodzież musi czuć, że ksiądz czy katecheta nie udaje, że język, jakim się posługuje, jest jego własnym językiem, że nie kreuje się na kogoś, kim nie jest. Nie namawiam kolegów w sutannach czy bez, by na ambonie czy na katechezie zaczęli używać słów typu: „wylaszczył się”, „wymięka”, „pogina”, „glebnął”, „wbił się” czy „miejscówka”, zwłaszcza jeśli przekroczyli już wiek, w którym nie chciano by ich już nawet zapisać do ZSMP (1). Od czasu do czasu trzeba mądrze zasygnalizować, że ten język jest nam znany, tak jak znane są problemy młodego człowieka. Trzeba także pozwolić młodemu człowiekowi wyrazić siebie i wypowiedzieć w tym języku jako jego własnym. To on ma prawo powiedzieć, że „Jezus jest cool”, a nie ja. Być może powie to nawet w sposób jeszcze  ardziej wyrazisty (przykłady pominę), i wcale nie po to, by bulwersować, prowokować, szokować. Jaki wiek, taki język.

po czwarte, życiowo
To chyba najtrudniejsze. Największą trudnością w głoszeniu Ewangelii – i to nie tylko dla młodzieży – jest przekazywanie jej „życiowości”. Z pomocą przyjść nam może teoria marketingu, która wyróżnia trzy typy orientacji handlowej: nastawienie na produkcję,   a sprzedaż i na klienta. W wersji kościelnej można te trzy nastawienia zinterpretować następująco: pierwsze wynika z przekonania, że ludzie i tak do nas przyjdą, bo mamy świetny towar, czyli Ewangelię; drugie, które koncentruje się na technikach sprzedaży i promocji,  każe szukać coraz bardziej atrakcyjnych form proklamacji Dobrej Nowiny; trzecie – skoncentrowane na potrzebach klienta – to poszukiwanie tych punktów, w których ludzkie życie styka się z Ewangelią, przynosząc odpowiedź na codzienne pytania. Zapomnijmy o strategii pierwszej (bo przestaliśmy być monopolistami) i drugiej (bo inni mają atrakcyjniejsze formalnie propozycje). Szansą jest trzecia strategia, czyli przedstawianie Ewangelii jako wartości i – nie waham się powiedzieć – życiowej korzyści. Zresztą, pytanie o to, co będą mieli z tego, że pójdą za Jezusem, stawiali już Apostołowie.
Wielokrotnie już cytowałem zdanie ks. Grzegorza Strzelczyka z jego książki „Teraz Jezus”. Zrobię to jeszcze raz, bo nie znalazłem jak  dotąd celniejszego i odważniejszego stwierdzenia. Katowicki teolog pisze: „Jakkolwiek brutalnie by to miało zabrzmieć, kluczowa kwestia dotyczy tego, czy zbawienie coś zmienia na lepsze we mnie, w mojej codzienności i w świecie, w którym przyszło mi żyć; jeśli nie – nie warto nim sobie zaprzątać głowy”. Nie inaczej.
Trzeba umieć odpowiedzieć na pytanie młodego człowieka: „co daje mi wiara?”, bo to jedyne sensowne pytanie w tym kontekście. Nie wystarczy, niestety, odpowiedzieć Katechizmem: „życie wieczne”. Wiara musi mieć wartość tu i teraz. Tym bardziej dla nastolatka. Dla kogoś, kto życie dopiero tak na dobre zaczyna, sama obietnica życia wiecznego jest „trochę” zbyt daleka.

ks. Andrzej Draguła

(1) ZSMP – Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, organizacja zrzeszająca osoby o poglądach lewicowych w wieku 15-35 lat (przyp. red.).

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  NASTOLATKI W DOMU, NUMER 05.2010
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTUhttp://www.list.media.pl/list/prenumerata/