≡ Menu
malzenstwojestdobre.pl
dziecko i my

Wyniki ankiet przeprowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych pokazują, że większość rodziców, wybierając szkołę dla swojego dziecka, zwraca uwagę przede wszystkim na bezpieczeństwo, a dopiero potem na wykształcenie nauczycieli, poziom nauczania czy infrastrukturę. Trudno się temu dziwić, skoro media zasypują nas informacjami o kolejnych szkolnych incydentach, a znajomi raczą nie mniej drastycznymi opowiadaniami z własnego doświadczenia. Nasuwa się pytanie, jak przetrwać w szkole.
Tak postawione pytanie sugeruje, że nasze nastawienie jest negatywne. Przetrwać można burzę, nie szkołę. Polskie prawo nakazuje naukę przynajmniej przez 12 lat. Jeśli będę się zastanawiać, jak przetrwać tak długi okres, to wpadnę w nerwicę lub inną chorobę. Może zamiast pytać, jak przetrwać, warto się zastanowić, jak się do nauki przygotować. To, jak nasze dziecko będzie się czuło w szkole, w dużym stopniu zależy bowiem od jego gotowości do rozpoczęcia nauki.

Czy ktoś, np. psycholog, może jednoznacznie stwierdzić, że konkretne dziecko jest gotowe, by pójść do szkoły?
Stefan Szuman, wybitny polski psycholog, twierdził, że gotowość do nauki szkolnej wymaga wszechstronnej dojrzałości dziecka. Nie chodzi więc tylko o odpowiedni poziom rozwoju poznawczego, który pozwala na opanowanie przez nie określonych umiejętności, ale też o to, by było gotowe na rozpoczęcie szkoły także pod względem emocjonalnym i społecznym. Trzeba wziąć pod uwagę, czy dziecko jest w stanie wykonywać polecenia nauczyciela, a dokładniej – czy będzie umiało odebrać komunikat skierowany do całej klasy jako taki, który dotyczy także jego. Ważna jest też umiejętność współistnienia z grupą i panowanie nad emocjami. Szuman podkreślał jeszcze jeden aspekt gotowości do szkolnej nauki – zdrowie fizyczne dziecka i jego rozwój ruchowy. Zaburzenia w tych sferach również mogą stanowić przeszkodę w inicjacji w szkolną rzeczywistość.

Jak w praktyce wygląda ocena gotowości szkolnej dziecka?
Na koniec edukacji przedszkolnej wychowawca wypełnia arkusz obserwacji, który zawiera wszelkie niezbędne informacje na temat danego dziecka. Co ważne, informacje te dotyczą nie tylko aktualnych umiejętności dziecka, ale też spostrzeżeń poczynionych przez wychowawcę podczas całorocznej obserwacji. Dzięki temu wiadomo, czy dziecko – nawet jeśli ma z czymś trudności – robi postępy i czy to wystarczy, by mogło zacząć naukę w szkole. Aby to wszystko miało sens, nauczyciel już na początku ostatniego roku przedszkola powinien dostrzec, które dzieci w jego grupie mają problem z opanowaniem zasadniczych dla ich wieku umiejętności. Potem ma cały rok na to, by obserwować te dzieci i sprawdzić, czy ich kłopoty nie są wynikiem sytuacji w grupie czy w rodzinie, np. narodzin młodszego rodzeństwa. Jeżeli to wykluczy, a dziecko, mimo podjętych w przedszkolu działań pomocowych, nadal ma trudności, wychowawca powinien w umiejętny sposób porozmawiać z rodzicami i nakłonić ich do wizyty u psychologa. To właśnie psycholog, po pełnej diagnozie, potrafi podać przyczyny tego, że dziecko – mówiąc kolokwialnie – odstaje od grupy. Psycholog będzie też w stanie wskazać pewne strategie postępowania umożliwiające nadrobienie braków, zaległości. Profesor Marta Bogdanowicz, dziecięcy psycholog kliniczny, używa terminu: „wyrównywanie szans rozwojowych”. Należy się starać, żeby szanse dzieci rozpoczynających naukę w szkole były równe. Wiadomo, że idealnie równe nie będą, bo jesteśmy różni, ale należy zrobić wszystko, by pojawiające się problemy rozwiązać jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole.

Z tego, co Pani mówi, wynika, że ewentualne zaburzenia w rozwoju można wychwycić już pod koniec przedszkola…
Niektóre znacznie wcześniej. Na przykład w latach 70. XX w. wspomniana prof. Bogdanowicz zrobiła bardzo wiele na rzecz uświadamiania rodzicom, nauczycielom i psychologom, czym jest dysleksja. Przekonywała, że pierwsze przejawy ryzyka dysleksji można dostrzec już u trzyletniego dziecka. Jednym z nich jest nieumiejętność odwzorowywania figur geometrycznych, czyli np. niezamykanie koła. Oczywiście nie wymaga się rysowania idealnego koła. Już na tym etapie można zaobserwować niemożność synchronizacji percepcyjno-ruchowo-intelektualnej. Druga kwestia to pamięć. Powiedzmy że większość dzieci w przedszkolu bez problemu zapamięta jedną zwrotkę wierszyka, dziecko z ryzykiem dysleksji może mieć z tym trudności. Rozwój badań naukowych pozwala nam na coraz bardziej szczegółowe diagnozy. Duże znaczenie ma neuropsychologia. Mimo iż przeciętnemu rodzicowi czy nauczycielowi wyniki badań neuropsychologicznych niewiele powiedzą, to mogą mieć duże znaczenie dla prawidłowego rozpoznania zaburzenia. Dobrym przykładem są problemy z integracją sensoryczno-motoryczną (adekwatną reakcją mózgu na informacje, jakie dostaje z otoczenia). Takie objawy mogą sugerować, że dziecko ma ADHD. Po dokładniejszych badaniach może się jednak okazać, że ma ono tylko kłopoty z integracją bodźców na poziomie mózgu. Bardzo ważne jest to, by pamiętać, że każde z podejrzewanych schorzeń musi ostatecznie zdiagnozować specjalista – nie zawsze psycholog, często neuropsycholog czy psychiatra.

Rodzice, których niepokoją jakieś zachowania dziecka,muszą zgłosić się do pedagoga. Jeśli on potwierdzi te niepokoje, powinien odesłać dziecko do specjalisty?
Tak, ale trzeba pamiętać, że problemy dziecka mogą też sygnalizować problemy jego rodziców. Często spotykam matki i ojców dążących do tego, by ich dziecko było najlepsze – trudno jest im zaakceptować, że ich syn czy córka może mieć przeciętne możliwości a nawet jakieś problemy natury psychologicznej. Drugą skrajną grupę stanowią rodzice lękowi. Sporo jest matek, które robią dziecku wszelkie możliwe badania, żeby mieć absolutną pewność, że jest ono zdrowe. Trudno uznać, że kolejne badania dziecka bez wyraźnej potrzeby polepszą jego samopoczucie, a mogą wzbudzić jego lęk o własne zdrowie.

Skąd zatem mamy wiedzieć, że coś, co nas niepokoi w zachowaniu dziecka, może być zaburzeniem?
Polska psycholog, Halina Spionek, już w latach 60. XX w. wskazywała, że należy zwrócić uwagę po pierwsze na częstotliwość pojawiania się niepokojącego objawu, a po drugie na jego nasilenie. Jeżeli coś, co jest charakterystyczne dla jakiegoś schorzenia, występuje sporadycznie, nie świadczy jeszcze o zaburzeniu. Przecież my, dorośli, też robimy różne rzeczy w trudnej sytuacji i mówimy: „Jak ja mogłam się tak zachować!”. Ciągle jednak podkreślam – zawsze, w razie zachowań niepokojących rodziców czy nauczycieli, konieczna jest konsultacja ze specjalistą. Dodam jeszcze, że wczesna interwencja pozwala na skuteczną terapię.

Obecnie obowiązkowi szkolnemu podlegają siedmioletnie dzieci, ale niedługo do pierwszej klasy pójdą sześciolatki. Jedni uważają, że to zły pomysł, inni – że nie, przecież świat się zmienia, a dzieci szybciej dojrzewają. 
Przesunięcie granicy wiekowej stwarza problem przede wszystkim dla nauczycieli. Pedagodzy, którzy prowadzą dzieci sześcioletnie w przedszkolu, mają przygotowanie do pracy z tą grupą wiekową. Natomiast pedagodzy przygotowani do prowadzenia nauczania wczesnoszkolnego oczekują od przychodzącego do szkoły dziecka umiejętności siedmiolatka. Będą musieli uzupełnić swoje przygotowanie. To jest wprawdzie tylko rok różnicy, ale w rozwoju dziecka bardzo ważny.

Co ważnego dzieje się z dzieckiem w tym czasie?
W tym czasie dokonują się zasadnicze dla nauki czytania i pisania czy wykonywania operacji matematycznych zmiany w sferze intelektualnej. Według teorii Jeana Piageta – podstawowej dla nas, psychologów rozwojowych – między szóstym a siódmym rokiem życia dziecko opanowuje tzw. operacje konkretne, czyli np. potrafi w swoim rozumowaniu powrócić do punktu wyjścia. Młodsze dziecko takiej umiejętności nie posiada (charakteryzuje je tzw. brak odwracalności myślenia), kieruje się tym, co aktualnie postrzega, nie uwzględniając tego, co widziało wcześniej. Z każdym rokiem wzrasta też dojrzałość układu nerwowego. Dziecko między szóstym a siódmym rokiem życia uczy się budować relacje z rówieśnikami; dostrzega, że nie każdy jest taki jak ono. Jeśli będzie się to dokonywało w zabawie i w znanym środowisku, np. grupy przedszkolnej, to jest prawdopodobne, że dziecko będzie potem lepiej rozumiało i akceptowało odmienność innych ludzi. Krótko mówiąc, im dziecko starsze, tym dojrzalsze w każdej dziedzinie. To nie znaczy, że sześciolatek nie może pójść do szkoły – indywidualnie zdiagnozowany przez pedagoga, psychologa, czy nawet oceniony przez rodziców, może rozpocząć naukę. Większe jest jednak prawdopodobieństwo, że dziecko dojrzało do podjęcia edukacji w wieku siedmiu lat, głównie w aspekcie społeczno-emocjonalnym. Warto tu przywołać stanowisko wybitnego psychologa Jerome Brunera, że nauczyć można tych samych treści dzieci w różnym wieku, ważny jest tylko sposób, dostosowany do ich możliwości przyjęcia tej wiedzy. Tak więc nie wiek jest decydujący a podatność i gotowość do nauki danego dziecka i warunki, w jakich będzie kształcone.

Zdarza się, że rozwój dziecka nie budzi żadnych zastrzeżeń pedagogów w przedszkolu, a potem pojawiają się trudności w szkole.
Oczywiście, bo to są zupełnie nowe warunki. Pojawiają się inne wymagania, zabawa przestaje być dominującą formą aktywności, choć w pierwszej klasie zadania po części oparte są właśnie na zabawie. Nauka staje się jednak podstawową formą aktywności dzieci – i tak będzie przez następnych kilkanaście lat. Warto więc zwrócić uwagę na to, by nauczyć dzieci jak się uczyć. Z psychologicznego punktu widzenia bardzo istotne w nauczaniu początkowym jest nie tylko przygotowanie do nabywania umiejętności czytania i liczenia, ale również sprawienie, by dziecko stopniowo zrozumiało, że uczy się dla siebie. Musi więc odczuwać w związku z tym przyjemność i satysfakcję. Temu mają służyć m.in. opisowe oceny stawiane w pierwszej klasie. Za każdym razem, gdy dziecko spełnia wymagania nauczyciela, musi spotkać się z pozytywnym odzewem – musi zostać pochwalone. Ocena powinna dotyczyć jego indywidualnych postępów, a nie normy, jaką wyznacza dana grupa, czyli np. zdolne dzieci. Dlatego kładłabym ogromny nacisk na uświadamianie rodziców i nauczycieli, żeby rozwijali w dzieciach pozytywną motywację uczenia się już w przedszkolu.
Właściwa dzieciom ciekawość poznawcza stwarza im optymalne warunki przeżywania radości, gdy zdobędą nowe informacje, umiejętności. Samo podjęcie aktywności ma być przez dorosłego wzmocnione, a dalsze działanie dziecka wsparte w razie potrzeby pomocą. Drugą rzeczą, ułatwiającą przechodzenie przez różne trudności, jest komunikacja między rodzicami a dzieckiem. Przy czym słuchanie dziecka jest równie ważne jak mówienie do niego. Zlekceważony przedszkolak upomni się o swoje, powie tak jak np. moja wnuczka: „Babciu, ty mnie nie słuchałaś”. Zauważyła, że dorosły powtarza to, co ono już powiedziało. Natomiast nastolatek takie zachowanie odbierze jako komunikat o nim: „Ja dla nich – matki czy ojca – niewiele znaczę, bo nie pamiętają, co im powiedziałem”. Jeśli dorosły uważnie słucha, będzie z nastolatkiem współbrzmiał empatycznie”, i to wystarczy. Nie musi dawać żadnych rad – wystarczy, że jest. Wysyła wtedy komunikat: „Jeśli chcesz czegoś ode mnie – powiedz”.

I nie należy pytać o to, co było w szkole?
Myślę, że na gotowość dziecka do dzielenia się radościami i smutkami z rodzicami ma wpływ to, jak reagowali oni na spontaniczne relacje przedszkolaka, dotyczące wszystkiego tego, czego matka i ojciec nie byli świadkami. Uważne wysłuchanie, zaciekawienie tym, co maluch mówi, w przyszłości może zaprocentować. Niezwykle ważny jest też przykład rodziców, którzy dzielą się z rodziną swoimi wrażeniami, przeżyciami.
Dziecka raczej nie należy wypytywać o szkołę. To tak, jakby założyć, że musiało się wydarzyć coś nadzwyczajnego. Większość dzieci odpowie: „Nic ciekawego”. Co wtedy robić? Nic. Nie drążyć tematu. Ale następnym razem można zapytać inaczej, tak żeby zachęcić dziecko do odpowiedzi, np. czy jest coś, co chciałbyś mi dzisiaj powiedzieć? Albo samemu opowiedzieć co się działo w tym dniu, gdy nie byliśmy razem. Jeśli nie zachęci to dziecka do wypowiedzi – trudno. Często prowadzi się w domach dochodzenie detektywistyczne. Dziecko wchodzi do domu ze smutną miną, ciągnie za sobą tornister, idzie prosto do łazienki, by od razu umyć ręce… I co najczęściej robią rodzice? Wbijają szpilę: „Widzę, że coś nietęgo dziś było w szkole…” lub z przerażeniem w głosie stwierdzają: „Znowu coś narozrabiałeś!”. Lepiej dać temu spokój, niech dziecko się z tym kłopotem oswoi i samo zechce powiedzieć. Tylko że to rozwiązanie zakłada, iż kiedy dziecko wraca ze szkoły, w domu jest już mama, babcia, ktoś życzliwy, kto będzie chciał go wysłuchać.

To działa?
W przypadku moich dzieci działało. Gdy mina syna sugerowała, że w szkole coś było „nie tak”, mówiłam: „Oj, chyba spotkałeś Kowalską” (mieliśmy taką sąsiadkę, z którą nam było nie po drodze). Wtedy na jego twarzy pojawiał się lekki uśmieszek: „No pewnie, że nie. Ważniejsze rzeczy…”. I dodawał: „Nie będę ci teraz o tym mówić”. OK. Przyjdzie czas, że powie. Wszystkie moje dzieci są już dorosłe, a ja nie jestem zaskakiwana teraz opowieściami o tym, co kiedyś robiły. Wiem, co robiły. Powiedziały mi, tylko nie zawsze od razu lecz po jakimś czasie. Jeśli dziecko wie, że znajdzie zrozumienie sytuacji, w jakiej się znalazło – a nie ciągłe wymówki – powie o trudnej sytuacji, bo liczy na pomoc dorosłego. Naturalnie, gdy ma do dorosłego zaufanie.

W obecnych czasach można posłać dziecko do szkoły publicznej, społecznej lub prywatnej…Czym się kierować przy takich wyborach?
Odpowiedź znów może być tylko teoretyczna. W praktyce dla konkretnego dziecka i jego osobowości ważniejsze niż prestiż szkoły może być to, żeby trafił do jednej klasy ze swoim najlepszym przyjacielem czy przyjaciółką. Takie dziecko może lepiej sobie radzić w pierwszej klasie, nawet jeśli jest w niej 40 osób, niż to, które poszło do szkoły prywatnej i w klasie jest tylko 12 kolegów, ale nie zna nikogo, a jest nieśmiałe i zamknięte w sobie. Warto też, by rodzice, którzy chcą posłać dziecko do szkoły prywatnej, bo miało problemy, spotkali się wcześniej, najlepiej w przedszkolu przedszkolu, z psychologiem i wysłuchali jego opinii. Szkoły prywatne nie powinny przyjmować dzieci z dużymi problemami i trudnościami, bo zamiast zwykłymi szkołami prywatnymi staną się szkołami integracyjnymi, a najczęściej nie mają do tego przygotowania, głównie ze strony organizacyjnej. W klasach integracyjnych, przeznaczonych do nauczania dzieci z problemami, w zajęciach uczestniczy dwóch nauczycieli – prowadzący lekcje i wspomagający. Taki układ jest konieczny, żeby lekcje mogły się odbywać normalnie. W szkołach prywatnych tak nie jest, a powinno być, jeśli dyrekcja decyduje się na przyjmowanie dzieci z zaburzeniami. Mówię teraz jako psycholog, ale gdybym była dyrektorem takiej placówki, pewnie przyjmowałabym wszystkie zgłaszające się dzieci, żeby szkoła mogła przetrwać. Niestety takie są nasze polskie realia ekonomiczne. Ale jednocześnie musiałabym zatrudnić odpowiednio przygotowanych nauczycieli.

Podczas dyskusji dotyczących polskiej szkoły czasem pojawia się pytanie, czy szkoła rozwija, czy ogranicza. Czy wprowadzanie kolejnych testów i opracowywanie kluczy do ich sprawdzania nie zabija indywidualności ucznia na rzecz zrównywania wszystkich do jednego poziomu?
Szkoła powinna rozwijać, ale czy to robi? Trudne pytanie. Proszę spojrzeć np. na egzamin dojrzałości. Ostatnio przygotowanie do matury sprowadza się głównie do wykształcenia w uczniach umiejętności rozwiązywania testów. Jednym przychodzi to łatwo, innym nie. Nie jest to jednak sprawdzian wiedzy i umiejętności wykorzystania wiadomości. Niedługo dojdzie do tego, że uczniowie będą mieć w laptopie informacje i to wystarczy. A przecież rozwój i samorozwój człowieka polega na poszerzaniu pola wiadomości z różnych dziedzin. To, co on potem z nimi zrobi (wydobywanie ich, łączenie, wyciąganie na ich podstawie wniosków) zależy od wielu czynników, ale szkoła, od pierwszej do ostatniej klasy, ma rozwijać poznawcze potrzeby i intelektualne kompetencje ucznia a szczególnie jego samodzielne myślenie.

Czy nauczyciele są do tego dobrze przygotowani?
Bywa z tym różnie. Nie do końca jest to ich wina. Myślę, że zawód nauczyciela wymaga odrobiny talentu i taktu pedagogicznego, jak to podkreślał Stefan Szuman, a nie każdy kandydat na studia pedagogiczne ma te predyspozycje. Motywacje do wykonywania zawodu mają złożone podłoże, uwarunkowane tak indywidualnie, jak i społecznie (status zawodu nauczyciela). Wydaje się, że na studiach pedagogicznych nie zawsze udaje się przekazać wiedzę teoretyczną tak, by student umiał wykorzystać ją na ćwiczeniach, warsztatach; zbyt mało jest zajęć praktycznych, zanim student pójdzie prowadzić lekcje. To jedna sprawa, druga to przygotowanie metodyczne studentów, z którym też różnie bywa. Trudno tu upatrywać winnych, bo zadowalający poziom magistrów pedagogiki zależy od nich samych, od ich nauczycieli i od całego systemu edukacji. Poza tym operujemy nadal krzywdzącymi stereotypami. Dziwimy się, gdy ktoś wybiera się na pedagogikę; pytamy, czy na pewno chce się użerać z cudzymi dziećmi. Na otwartość i kreatywność nauczycieli wpływa także ich poczucie bezpieczeństwa związane z warunkami materialnymi.

Czego najtrudniej uczyć?
Moim zdaniem, fizyki. Bo nawet jeśli dziecko nauczy się na pamięć regułki, to nie będzie automatycznie umiało rozwiązywać zadań ani – co ważniejsze – nie będzie miało operatywnej wiedzy o zjawiskach, które występują w przyrodzie. Jeśli nauczyciel nie dostrzeże w porę, że uczniowie „nie rozumieją”, to będzie tylko gorzej. Pogłębią się ich braki w wiedzy, niechętnie będą uczyć się tego przedmiotu. A w konsekwencji może to być początek niepowodzeń szkolnych.

A katecheza?
To złożony problem. Choć deklaruję się jako osoba wierząca i praktykująca i nigdy tego nie ukrywałam, jestem przeciwniczką katechezy we współczesnej szkole. Uważam, że w warunkach polskiej szkoły – z przekleństwami wypisanymi na ławkach i z antyklerykalnymi nastrojami – nie jest to najlepszy pomysł.
Religia staje się tylko jednym z przedmiotów, które trzeba (albo których nie trzeba) zaliczyć. Pojawiają się więc różne motywacje uczniów: jedni chcą mieć jak najlepszą ocenę, ale nic głębokiego się z tym nie wiąże,inni czekają, żeby czas szybko zleciał, bo w ogóle ich to nie interesuje. Mają do tego prawo.
Kiedy katecheza jest prowadzona poza szkołą (ale nie dlatego, że państwo wyrzuca krzyże ze szkół) i rodzice przekazują na co dzień wiarę w domu – wzrasta ranga religii, może rodzić się potrzeba pogłębienia wiedzy religijnej. Niezmiernie ważne są też kwestie metodyczne i psychologiczne. Treści religijne „jakoś” trzeba dzieciom przekazać. Pojawia się więc problem formy nauczania, która musi być dostosowana do wieku i zdolności dzieci. Podam przykład. W jednym z przedszkoli urocza zewnętrznie siostra zakonna uczyła religii w taki sposób, że opowiadając straszyła dzieci: Panem Bogiem, diabłem, czymkolwiek. Przy okazji różnych opowieści związanych z rokiem liturgicznym, dzieci zeznawały, czego się boją. Czy dziecko ma wtedy szansę polubić religię? To pozytywne postawy rodziców wobec wiedzy, nauczycieli mają tu decydujące znaczenie. W Niemczech początek roku szkolnego jest dużym świętem. Dzieci dostają słodycze, tak jak u nas na Mikołaja, opiekunowie mogą wyjść z pracy na ten krótki czas. Myślę, że wysiłki rodziców powinny zmierzać do nadawania znaczenia temu, co przez kolejne lata będzie podstawową aktywnością dziecka Inny przykład: w przedszkolu większość dzieci lubi rysować, ale nie wszystkie. Jeśli katechetka czy siostra zakonna wszystkim każe rysować, to niektóre dzieci szybko mogą się zniechęcić do religii. Nie z powodu przekazywanych treści czy nawet prowadzącego, ale dlatego, że każe im się robić to, czego nie lubią albo nie potrafią. A rozwiązanie jest proste: dziecko może lepić z plasteliny albo wycinać z papieru to, co inne rysują. Mogą też opowiedzieć o swoich wyobrażeniach. Potrzeba tylko pewnej wiedzy i otwartości nauczyciela; musi obserwować, jak grupa pracuje i czym ją można zaciekawić. Umiejętność nauczania dotyczy zarówno przedszkola jak i szkoły podstawowej, gimnazjum czy liceum. Nauczyciel powinien oddziaływać polisensorycznie, czyli na wszystkie zmysły: pokazać film, coś opowiedzieć, wyjść na wycieczkę. Trzeba też umieć mówić do dzieci i młodzieży w zrozumiały dla nich sposób, również o sprawach religijnych, i indywidualnie podchodzić do każdego ucznia. Naturalnie osobowość nauczyciela, także katechety,  to, jakim cieszy się autorytetem wśród uczniów, jest bardzo ważne.

W polskich warunkach raczej nie ma czasu na indywidualne podchodzenie do każdego ucznia. 
W programie szkolnym, który nas obowiązuje, jedyny ratunek dla indywidualności i kreatywności widzę w tzw. programach autorskich.

Ale nawet nauczyciele realizujący autorskie programy i tak muszą przygotować uczniów do matury, czyli testu…
No więc właśnie. Powstaje pytanie, jaki efekt kształcenia chcemy uzyskać. Jeśli chcemy, by uczeń umiał dokonać wyboru z podanych danych czy połączyć ze sobą najprostsze informacje, to nie ma miejsca na kreatywność ucznia. Można jednak, jak myślę, skonstruować takie formy sprawdzenia nabytej wiedzy, które wymagają określonego poziomu kreatywności ucznia. Obecnie nauczyciel jest rozliczany z tego, ile postawi ocen niedostatecznych. Robi więc sprawdzian za sprawdzianem, czy niezapowiedzianą klasówkę, żeby mieć odpowiednią dokumentację ocen. Potem stawia ocenę niedostateczną trzem czy czterem delikwentom, a resztę stara się jakoś wyciągnąć. Nie ma czasu zastanawiać się nad przyczynami niepowodzeń niepowodzeń uczniów, a indywidualne podejście właśnie tego by wymagało. Są dzieci, które mimo najlepszych chęci nie potrafią się nauczyć pewnych rzeczy. Kiedy rodzice mówią, że dziecko siedzi nad książkami 8-10 godzin dziennie, o drugiej chodzi spać, a efektów nie ma, odpowiadam: „Coś jest nie tak”, konieczne jest wówczas dotarcie do przyczyn, co wymaga całego procesu diagnostycznego.

Pozostaje tylko jedno pytanie: czy można zrobić coś, żeby szkoła nie kojarzyła się źle i rodzice mogli bez obawy posyłać do niej swoje dzieci?
Trzeba na to pracować od samego początku edukacji; pokazywać dzieciom znaczenie szkoły i nauki, podkreślać autorytet nauczycieli. To pozytywne postawy rodziców wobec wiedzy, nauczycieli, mają tu decydujące znaczenie. W Niemczech początek roku szkolnego jest dużym świętem. Dzieci dostają słodycze, tak jak u nas na Mikołaja, opiekunowie mogą wyjść z pracy na ten krótki czas. Myślę, że wysiłki rodziców powinny zmierzać do nadawania znaczenia temu, co przez kolejne lata będzie podstawową aktywnością dziecka. Oczywiście istnieje „niebezpieczeństwo”, że starsze rodzeństwo uświadomi malucha, że szkoła jest nudna albo straszna. Wtedy należy pokazać dziecku, że może mieć inne odczucia związane z nauką. Jedni ją lubią, a inni nie, i nic w tym złego. Podobnie bywa w rodzinie. Można wtedy powiedzieć: „Patrz, czasem zachowujesz się tak, jakbyś nie chciał być częścią tej rodziny, ale czy naprawdę tak myślisz? Nie chciałbyś być z nami?”. Rodzice muszą się też starać, żeby ich język nie był sztuczny, a argumenty były prawdziwe, bo dzieci od razu to wyłapią. Niezwykle istotna jest komunikacja między rodzicem a nauczycielem, która ma służyć komfortowi psychicznemu dziecka, zapobieganiu ewentualnym niepowodzeniom, a w razie potrzeby zastosowaniu właściwych strategii pomocowych.

Z dr Marią Ligęzą, psychologiem rozwojowym, wykładowcą UPJPII, rozmawiają Beata Legutko i Marta Wielek

Maria Ligęza, dr psychologii, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obecnie zatrudniona na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu
Papieskiego Jana Pawła II, prowadzi szkolenia dla nauczycieli (Małopolski Niepubliczny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli).

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  JAK PRZETRWAĆ W SZKOLE, NUMER 09.2012
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTUhttp://www.list.media.pl/list/prenumerata/