≡ Menu
malzenstwojestdobre.pl
młodzież w domu

Szkoła jest loterią. Wszystko zależy od tego, na kogo trafisz – na jakich nauczycieli i na jakich uczniów. Niewiele da się przewidzieć. Owszem, można podpytać doświadczonych rodziców, śledzić rankingi, ale to, jak dziecko odnajdzie się w nowych warunkach i tak pozostaje jedną wielką niewiadomą.

Moja starsza córka, Kasia, chodziła do szkoły muzycznej. Nie miała większych problemów z nauką ani w relacjach z innymi dziećmi. Może dlatego, że w takich szkołach uczniowie nie mają czasu na głupoty. Muszą ćwiczyć, brać udział w koncertach, często chodzą równolegle do zwykłych szkół. Być może znaczenie miał też charakter Kasi, była zawsze otwarta, pomocna i uprzejma, szybko zawierała przyjaźnie. Owszem, zdarzało się, że przychodziła do domu ze łzami w oczach – był czas, że dzieci dokuczały jej z powodu zbyt dużej wagi – ale jakoś umiała sobie z tym poradzić.
Rodzice często uważają, że ich dzieci będą miały podobne doświadczenia życiowe. Skoro jedno nie miało większych problemów, to dlaczego drugie ma je mieć? Może dlatego tak wielkim szokiem były dla mnie niepowodzenia młodszej córki, które ostatecznie doprowadziły ją do załamania.

diagnoza
Zaczęło się w październiku, w klasie maturalnej. Potem przybierało na sile. Na początku Ania jakoś się trzymała; nic nie mówiła, bo nie chciała się przyznać do tego, że ma jakieś problemy. Pewnego dnia, skrajnie wyczerpana psychicznie i fizycznie, „pękła”. Dostała ataku histerii. Nie wiedziałam, co się dzieje. Dopiero wtedy zaczęła się otwierać i mówić o swoich problemach. Byłam przerażona. Nie poznawałam własnego dziecka i nie wiedziałam, jak mu pomóc. Co miałam powiedzieć? Że znajdzie tego jedynego chłopaka, że wszystko się ułoży i będzie dobrze? Że jak przetrwa liceum, to potem będzie lepiej?
Od razu poszliśmy do pani pedagog. Każda szkoła powinna mieć zespół zaprzyjaźnionych psychologów, do których szkolny pedagog w razie konieczności może odesłać ucznia. Tak było w naszym przypadku. Szkoła zareagowała błyskawicznie. Zrobiono odpowiednie testy i postawiono diagnozę: depresja.
Teraz wiem, że dobre liceum to wcale nie takie, po którym łatwo dostać się na studia. Jeśli dziecko się uczy, to i tak się dostanie. Dużo ważniejsi są rzetelni, mądrzy nauczyciele. My na takich trafiliśmy. Jeśli dziecko ma depresję, to nie może się normalnie uczyć ani funkcjonować w grupie rówieśników. Najczęściej zażywa leki antydepresyjne i chodzi do psychologa. Zanim terapia się rozpocznie, mija kilka miesięcy. Potrzeba kolejnych kilku albo kilkunastu, by zaczęła skutkować. Ten czas trzeba jakoś przeżyć. Tylko dzięki pomocy nauczycieli Ani udało się skończyć klasę maturalną. Miała indywidualny tok nauczania, powoli zaliczała kolejne partie materiału. Równocześnie chodziła na terapię. Nasza psycholog powiedziała, że Ania jest jednym z jej najmłodszych pacjentów, którzy mają świadomość swojej choroby i chcą się leczyć. Szczęście w nieszczęściu.

podstawówka
Problemy Ani zaczęłam dostrzegać dopiero w liceum, choć powinnam była coś zauważyć dużo wcześniej. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jej niektóre szkolne trudności – głównie w kontaktach z rówieśnikami, bo uczyła się zawsze nieźle – mogły świadczyć o czymś poważniejszym. Być może już wtedy powinniśmy prosić o konsultacje specjalistów, pójść do psychologa czy po porostu szukać przyjaznego środowiska, w którym Ani łatwiej byłoby się odnaleźć. Wtedy nie widziałam takiej konieczności, szkolni pedagodzy też nie widzieli w zachowaniu córki nic niepokojącego. Co prawda Ania była bardzo wrażliwym dzieckiem, ale sądziłam, że z wiekiem się uodporni, dojrzeje i w końcu znajdzie się wśród osób, które nie będą dla niej źródłem przykrych przeżyć.
Z czasów podstawówki pamiętam jedno wydarzenie, które Ania bardzo ciężko przeżyła i o którym nigdy nie zapomniała. Miała w klasie kolegę, który nieustannie jej dokuczał. Z pozoru nic poważnego. Chłopiec często się z niej naśmiewał, więc w końcu powiedziała: „Będziesz się musiał z tego spowiadać”. „Ha, ha! Będę się spowiadał, że dokuczałem wieśniarze!” – odpyskował. Przybiegła do domu z płaczem, nie po raz pierwszy. Po każdym podobnym wydarzeniu mówiliśmy jej: „Skończysz podstawówkę, pójdziesz do gimnazjum, Zobaczysz, będzie lepiej”.

gimnazjum
Ale i w gimnazjum trudno było jej się z kimś zaprzyjaźnić. Kiedy wydawało się, że znalazła bratnią duszę – Zosię – okazało się, że dziewczyna ma problemy psychiczne i destrukcyjnie oddziałuje na naszą córkę. Dowiedzieliśmy się o tym trochę za późno. Ania liczyła się tylko z jej zdaniem, patrzyła w nią jak w obrazek. Zosia uzależniła Anię od siebie to tego stopnia, że wymogła na niej, aby o wielu rzeczach nam nie mówiła. „Jeśli powiesz o tym rodzicom, to coś sobie zrobię” – słyszała często moja córka. Ania milczała. Presja z tym związana była dla niej tak trudnym przeżyciem psychicznym, że w końcu przestała dawać sobie z nią radę. Na szczęście nauczyciele zauważyli, że inaczej się zachowuje i wymiotuje na przerwach. Od razu się z nami skontaktowali. Jakim cudem ja nie zauważyłam niczego niepokojącego? Do tej pory nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.
Znowu mówiliśmy: „Tyle przeżyłaś. Teraz jesteś silniejsza”. Jeszcze w to wierzyliśmy. Wydawało nam się, że skoro ktoś przetrwał wiele przykrych wydarzeń, to jest mocniejszy, ale to nieprawda. Odporność psychiczna jest coraz mniejsza, słaby negatywny bodziec może doprowadzić do załamania. Być może w przypadku bardziej wrażliwych dzieci ważna jest w takiej sytuacji konsultacja z psychologiem, możne nawet psychoterapia. U nas tego zabrakło. Dlaczego? Wydawało nam się, że mamy bardzo dobry kontakt z córką i damy sobie radę sami. W gimnazjum, po incydencie z Zosią, Ania tylko raz spotkała się z panią psycholog. Więcej nie chciała, a ja nie nalegałam

liceum
Do liceum Ania dostała się bez problemu. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że w końcu znajdzie swoje miejsce i pozna przyjaciół. Niestety. Po wyjeździe integracyjnym wychowawczyni poinformowała rodziców, że w tej klasie jest wyjątkowo dużo dzieci agresywnych, które mogą sprawiać problemy wychowawcze. Ania nie umiała się odnaleźć; mówiła, że nie wytrzyma. Byliśmy trochę bezradni. Zaczęło nam się to wydawać podejrzane, żeby rok po roku, szkoła po szkole, nasze dziecko trafiało na niewłaściwych ludzi. Albo Ania miała wielkiego pecha, albo bardzo duże problemy z relacjach z rówieśnikami, które zbyt łatwo bagatelizowaliśmy.
Po kilku tygodniach przenieśliśmy ją do liceum, które kończyła nasza starsza córka. Myśleliśmy, że skoro ona nie miała większych problemów, może uda się tam też Ani. Wydawało się, że wszystko jest w miarę dobrze. Choć w nowej szkole dzieci dużo się uczyły, rozrywki były takie same jak w poprzednim liceum. Może to kwestia wieku? Młodzież chce wszystkiego doświadczyć na własnej skórze, wchodzi w okres dojrzewania i poszukuje własnej tożsamości. To szczególnie trudne, zwłaszcza dla młodych dziewcząt. Jedyną odskocznią dla młodzieży jest klub, tam można poskakać, o wszystkim zapomnieć. I nie ma się co na świat obrażać, tak po prostu jest. Więc Ania również chodziła do klubu, ale po jakimś czasie wyznała: „Mamo, jedna impreza, druga, a potem czuję się jeszcze gorzej”. Wszystkie te trudne przeżycia, stresy i szkolne niepowodzenia doprowadziły w końcu do wspomnianego załamania…Wtedy dopiero zdecydowaliśmy się na pomoc psychologa.

nie umarła, tylko śpi
Gdy matka widzi, jak dziecko „rozpada się” na jej oczach, przeżywa koszmar. Bezradność przeraża. Mówi się: jak trwoga, to do Boga. W naszej rodzinie żyliśmy z Panem Bogiem zawsze, również w tym bardzo trudnym czasie. Bardzo pomogła mi też moja przyjaciółka, Krystyna. Jej córka przez 10 lat chorowała na depresję. Doświadczenie i świadectwo życia tej kobiety było dla mnie największą pomocą. Rozumiała mnie. Wiedziała, co powiedzieć; dzwoniła zawsze wtedy, kiedy było najtrudniej. Myślę, że w ten sposób Pan Bóg działa przez ludzi: modlisz się i przychodzi pomoc. Do słownie tak było, nieraz Krysia doradzała mi, co mam robić krok po kroku. Mówiła np.: „Idź, teraz z nią porozmawiaj”, albo: „Daj jej trochę czasu”.
Kiedyś powiedziała: „Musisz się nieustannie modlić”. Oczywiście wiedziałam, że muszę, ale nie rozumiałam, co to dokładnie znaczy. Usłyszałam w odpowiedzi: „Noś w myślach swoje dziecko i ofiaruj je Bogu”. Poruszyłam więc niebo i ziemię, zamawiałam Msze św. za córkę, prosiłam o modlitwę siostry zakonne, księży i świeckich.
W modlitwie człowiek potrzebuje uczepić się czegoś konkretnego. Mnie przez cały czas towarzyszyła scena uzdrowienia córki Jaira. Wierzyłam, że przez te słowa Bóg mówi: „Twoje dziecko zostanie ocalone. Dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. Ale kiedy wszystko się wali, ciężko jest w to uwierzyć i powiedzieć córce: „Śpij spokojnie, wszystko będzie dobrze”. Moja modlitwa była modlitwą rozpaczy i wołaniem: „Gdzie jesteś? Ulituj się, ulituj!”.
Pytałam: „Boże, jak mam się modlić? Jak wierzyć, że będę ocalona?”. Wtedy przyszła mi do głowy genialna, prosta myśl: ja nie mam tego przekonania, ale Chrystus miał. Nie mam tej ufności, ale On miał. On tę ofiarę poniósł, ja nie umiem już więcej udźwignąć. Uchwyciłam się Jego: „Ja nie dam rady, ale Ty dasz. Jezu, ufam Tobie”.
Zaczęłam się modlić koronką do Bożego Miłosierdzia. Przeczytałam też, że Jezus chciał, by s. Faustyna modliła się również Nowenną, jej tekst znalazłam w „Dzienniczku”. Jakież było moje zdziwienie, gdy w przypisie znalazłam informację, że po raz pierwszy książeczkę z Nowenną i Koronką w 1938 r. wydał…dziadek mojego męża.

przyczyny
Co dla mnie w tym wszytskim było najtrudniejsze? Sama nie wiem. Na początku szok. Jak to? Przecież nic nie wskazywało na to, że Ania ma jakiś poważny problem – po protsu była tylko bardziej wrażliwa od innych. Zawsze nam o wszystkim mówiła, dlaczego teraz miałoby być inaczej. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, co zaniedbaliśmy. Może za bardzo ją chroniłam? Miłość musi być mądra. Może tak bardzo boimy się tego świata, że dopóki możemy, otaczamy dziecko kloszem bezpieczeństwa? Wierzymy, że może kiedyś będzie lepiej, bezpieczniej… Ale nie będzie. Teraz wiem, że od najmłodszych lat trzeba mówić dziecku: „Musisz sobie poradzić tu i teraz. Jedziesz na kolonię – walcz, odpyskuj, jeśli tego wymaga sytuacja”.
Ania nie jeździła na kolonie. Wakacje spędzała z nami. Starałam się, by niczego jej nie brakowało, zwłaszcza w relacjach z nami. Chciałam jej oszczędzić niepotrzebnych trudności. Czy to był powód jej niepowodzeń? Nie wiem. Starszą córkę wychowywałam w taki sam sposób, jak młodszą. Kasia miała jednak to szczęście, że trafiła na przyjazne środowisko, nie musiała walczyć o swoje przekonania.
Przez cały czas trwania choroby Ani miałam swojego spowiednika. To on uświadomił mi jeszcze jedną rzecz. W opowieści o córce Jaira po Jezusa przybiega ojciec dziecka. Co się działo z ojcem Ani? Głównie z mojej winy był trochę nieobecny. Budowaliśmy dom, jego mama ma chorobę Alzheimera; pomyślałam, że ma wystarczająco zszargane nerwy, nie chciałam go obciążać jeszcze cierpieniem Ani. Oczywiście wiedział, co się dzieje z jego dzieckiem, ale nie umiał się w tym odnaleźć. Nie chciałam mu przysparzać problemów. Rozmawiałam o tym ze spowiednikiem. Stopniowo uświadomił mi, że „brak ojca” z pewnością nie pomoże w walce z chorobą córki, a i mnie przydałoby się wsparcie męża… Nie bez oporów, w końcu postanowiłam coś zmienić. Na początek razem z mężem zaczęliśmy się modlić, głównie w intencji naszej rodziny. Potem on stopniowo, krok po kroku, próbował rozmawiać z Anią, spędzać z nią coraz więcej czasu. W końcu udało im się stworzyć całkiem dobrą relację, z dnia na dzień dogadują się coraz lepiej.
* * *
W marcu Ania przestała zażywać leki antydepresyjne, w maju podeszła do matury. Ciągle chodzi na terapię, bo leczenie depresji trwa… Może to dziwne, ale nie wspomina szkoły źle, nawet trochę żałuje, że już kończy liceum. Szczęśliwie się zakochała… Czy teraz będzie lepiej? Nie wiem. Nie powiem też, żebym była wzmocniona duchowo. Wiele rzeczy przeżyłam – niby powinnam być silniejsza –ale nie chciałabym wcale przechodzić przez to wszystko jeszcze raz.

Joanna Nowaczek

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  JAK PRZETRWAĆ W SZKOLE, NUMER 09.2012
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTUhttp://www.list.media.pl/list/prenumerata/