≡ Menu
malzenstwojestdobre.pl
dziecko i my

Jeszcze 20 czy 30 lat temu rodzice nie poświęcali dzieciom tyle uwagi, co dziś. Nie poszukiwali dla swoich pociech dodatkowych zajęć z myślą o ich przyszłości, nie lękali się aż tak bardzo o ich bezpieczeństwo pod­czas zabawy itd. To chyba dobrze, że zauważamy potrzeby dziecka, że tak troszczymy się o jego rozwój, że jest ono w centrum naszego życia, ale czy nie przesadzamy trochę?

W Kościele słyszymy często, że centrum na­szego życia jest Bóg, a dziecko jest w pewnym sensie szczególnym obrazem Boga, jest potencjalnie kimś doskonałym. Są w nim ukryte – mówiąc po „jungowsku” – uniwersalne możli­wości, archetypy bohatera. W przeciwieństwie do dorosłego, który jest często zużytą wersją bohatera, dziecko ma szansę stać się kimś wielkim. Wnosi w życie rodziny radość, peł­nię, ale również różnego rodzaju troski i zada­nia. Zauważenie potrzeb dziecka to nie tylko obowiązek i odpowiedzialność, ale szansa na odrodzenie psychiczne i rozwój jego opieku­nów – rodziców czy wychowawców. Dziecko mobilizuje dorosłych do większego wysiłku, do uwagi, do dawania z siebie tego, co najlepsze. Można powiedzieć, że przy dziecku – mimo naszego dojrzałego wieku – wciąż mamy szan­sę psychicznego odmłodzenia się. Jeśli jednak życie rodziny toczy się wyłącznie wokół dziecka, to może ono sterować dorosły­mi, wyznaczać rytm obowiązków. Stanie się bogiem naprawdę. Znam pewien przypadek: pięcioletnie dziecko decyduje o tym, czy rodzi­na idzie na spacer, czy nie, co wszyscy zjedzą na obiad i o której, jakie programy obejrzą w telewizji. To chora sytuacja. Żadne dziecko nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za dom. Ma bowiem kaprysy, humory, jest niestabilne emocjonalnie, jest nieświadome, nie myśli per­spektywicznie, nie ma wiedzy i doświadczenia. Żyje teraźniejszością i chwilowymi potrzebami. Dziecku trzeba służyć, ale trzeba również nim kierować, być za nie odpowiedzialnym, zacho­wując kompetencje i autorytet dorosłego.

Żaden rodzic nie powierza jednak świadomie dziecku odpowiedzial­ności za dom. To są raczej niezau­ważalne mechanizmy…
Tak, nieświadome ubóstwianie dziecka, ulega­nie jego manipulacjom. Istnieje zasada, która mówi, że „dorosłych rozliczamy z czynów, a nie z intencji”. Ewangelia ujęła to nieco inaczej: Po uczynkach ich poznacie. Dziecko, kiedy przychodzi na świat, rzeczy­wiście potrzebuje wyjątkowej uwagi: trzeba je wykarmić, ubrać, zaopiekować się nim. Priorytetem jest tutaj zapewnienie mu bezpie­czeństwa. Po skończeniu trzeciego roku życia, kiedy dziecko ma już zręby struktury ja”, czyli postrzega siebie jako odrębną istotę, mówi o sobie w liczbie pojedynczej, to zaczyna potrze­bować już nie tylko bezpieczeństwa, ale rów­nież wzorców wchodzenia w relacje z drugim człowiekiem i innych wskazówek. Ma uczyć się komunikacji emocjonalnej, intelektualnej, samodzielnego rozwiązywania problemów. Potrzebuje bardziej towarzyszenia niż zastę­powania, wyręczania go. Od trzeciego roku życia, dziecko powinno mieć coraz bardziej konsekwentnie wyznaczane granice, aby na­uczyć się skutecznego myślenia, przeżywania i działania, kiedy pojawiają się problemy. Przez uniemożliwienie dzieciom popełniania błędów, które uczą rozwiązywania problemów, niszczy się ich kreatywność. Każde dziecko jest z na­tury twórcze, lubi zabawę, fantazjowanie. Uczy się rozpoznawać własne marzenia i potrzeby. Wymyśla również projekt swojego życia, cza­sem fantastyczny, ale z wiekiem ma szansę go skorygować. Jeżeli jednak będzie przesadnie wyręczane, stanie się bezmyślne, straci spon­taniczność, wyobraźnię i wrażliwość. Jako osoba dorosła będzie się zachowywać z dzie­cięcą nadwrażliwością.

Funkcje opiekuńcze, które w rodzinie prze­ważnie pełni matka, polegają na wyręczaniu dziecka w różnych funkcjach i na wspieraniu w trudnych momentach. Jest to normalne i po­żądane, kiedy dziecko jeszcze nie umie jeść, nie zadba o czynności fizjologiczne, nie prze­bierze się samo. Problemy pojawiają się wtedy,

kiedy dziecko dorasta, a my wciąż robimy za nie różne rzeczy. W ten sposób robimy z niego inwalidę, uczymy bierności, wygodnictwa, bezradności, niesamodzielności. Decydowanie za „dziecko” o wyborze kierunku studiów czy zainteresowań powoduje, że trzydziestoletnie „dziecko” nie wie, jakie studia skończyć, mimo że studiowało już na kilku kierunkach. I oczywi­ście ich nie skończy, bo było wyręczone z myślenia, kim chce być lub kim może zostać, co jest ważne w życiu. Nie zna siebie a dorosłość to dla niego zbyt odległa i mglista perspektywa.

Takie dorosłe dziecko…
W naszych czasach ilość ułatwień, na które natrafia młody człowiek na drodze do zadań dorosłego życia, jest tak duża, że w zasadzie każdy przeciętny trzydziestolatek nosi w sobie dużą dozę niedojrzałych, dziecięcych nawy­ków.

Niektórzy powiedzą, że dzięki temu pozostajemy dłużej młodzi.
I będą mieli rację. To przedłuża nam młodość. Dzięki temu jesteśmy pogodniejsi, dłużej żyje­my. Powstaje jednak pytanie, czy nie traci na tym dojrzała część osoby. Czy taki człowiek rzeczywiście korzysta z życia od najlepszej strony? Czy rozwija się jako jednostka, nawią­zuje prawdziwe relacje, wnosi coś do społe­czeństwa?

Nieprzygotowanie do mierzenia się trudnymi zadaniami prowadzi do tego, że młode, ale już dorosłe osoby nie potrafią odnaleźć się w rzeczywistości. Narodziny dziecka traktowane są jak katastrofa, podobnie choroba dziecka czy starość rodzica… Sytuacje naturalne, ale życiowo trudne, nie są rozwiązywane i stają się źródłem lęków. Jest tak, bo psychika niedojrza­łej osoby reaguje ucieczką lub buntem.

Można zatem z miłości do dziec­ka zabrać mu w pewnym sensie życie. Psychologowie mówią tu o tzw. matce pochłaniającej.
Jednym z jej określeń jest „matka zakochana w swoim macierzyństwie”. Jej obraz macie­rzyńskiej opieki to ideał, do którego ślepo dąży. Matka żyje tylko dla dziecka, bo jest ono dla niej bogiem. Jednocześnie jako żona traci z oczu męża.

Tymczasem macierzyństwo nie definiuje całe­go życia kobiety, nie określa go. Dziecko ma w pewnym momencie umrzeć jako dziecko i na­rodzić się jako młoda dziewczyna/młody chło­piec, a potem otworzyć się na rówieśników, świat społeczny i własną dorosłość. Matka będąca „wszechogarniającą miłością”, zatruwa osobowość swojego dziecka, kiedy staje ono na własnych nogach i chce po swojemu iść przez świat. Straci ono wtedy ochotę do ży­cia, bo nic mu już nie pozostanie do odkrycia, zdobycia, wszystko będzie zagarnięte przez matkę. No, chyba że wyraźnie się przeciw niej zbuntuje.

Rodzic nie ma być idealny, nie ma być super-mamączy supertatą, ma być po prostu wystar­czająco dobry. Wystarczająco dobra matka zadba o bezpieczeństwo, ale też czasem nie dopilnuje dziecka (oczywiście nie mówimy tu o nieodpowiedzialności), żeby poczuło ono wartość rodzicielskiej opieki i żeby uczyło się samodzielności. Im dziecko staje się starsze i  dojrzalsze, tym bardziej matka powinna mu pozwalać na dorosłość, a kiedy się przesad­nie opiera, wypychać. W końcu pożegnać je i powiedzieć: „Teraz już należysz do siebie i do społeczeństwa”.

Może to nasze skoncentrowanie na dziecku wynika ze zmian w modelu rodziny. Przeważa w nim macierzyńska, opiekuńcza rola. Ojcowie bardzo często przejmują wiele funkcji pielęgnacyjnych, opiekuńczych. Czy w dzisiej­szych rodzinach brakuje tego elementu wprowadzania ryzyka?
Zgadzam się z tym, że obecnie dominuje ma­cierzyński model rodziny. Rodzina zapewnia dziś dziecku podstawowe funkcje typu: żywie­nie, bezpieczeństwo, przyjemność, zabawa. Natomiast wzorce męskie, które służą wyty­czaniu ról społecznych i pełnieniu racjonalnych i odpowiedzialnych funkcji w społeczeństwie, które uczą rywalizacji, wojowniczości, zdrowe­go indywidualizmu, schodzą na drugi plan. W związku z tym młody człowiek wchodzi w doro­słe życie słabo przygotowany. Niedojrzałe emo­cjonalnie i społecznie osoby wybierają często, wobec stojących przed nimi problemów, opcję regresywną, czyli uciekają do dziecięcych na­wyków; przyjemności, zabawy, gry, hazardu, kompensacyjnego zajadania problemów. Faza patriarchatu, kiedy to mężczyźni odgry­wali dużą rolę w społeczeństwie i wyznaczali główne trendy kultury, jest w fazie schyłkowej. Większość ludzi żyje w miastach, jest nam wy­godnie, jesteśmy wyręczani w wielu aspektach naszego życia. Życie osiadłe, które nie zmu­sza do codziennego fizycznego i psychicznego wysiłku, rozleniwia. Stechnicyzowana i nasta­wiona na zysk, a nie na rozwój wewnętrzny człowieka cywilizacja, koncentruje nas na kon­sumpcji. Ci, którzy chcą zostać wojownikami, idą w góry, podróżują lub uprawiają ekstremal­ne sporty. Młodym ludziom brakuje na co dzień swobody ruchu, nie ma miejsca na zdrową agresję. Jazda na deskorolce czy przejażdżki rowerowe w miastach to kropla w morzu po­trzeb młodego pokolenia.

To, że kobiety pełnią wyjątkową rolę w świe­cie zdominowanym przez cywilizację miejską, osiadłą i skoncentrowaną na konsumpcji, jest czymś naturalnym. Nie zatrzymamy tego pro­cesu, to konieczność. Patriarchat miał silną pozycję w kulturach koczowniczych, a matriar­chat w kulturach osiadłych.

Czy brak męskiego wzorca dotyczy też dziewczynek, czy tylko chłopców?
Nasze czasy charakteryzuje dość wyraźnie skrzyżowanie ról psychologicznych. Dziew­czynki, w związku z tym, że coraz częściej osiągają awans społeczny, naśladują męskie wzorce. Coraz większy procent młodych kobiet idzie drogą męską, drogą kariery, silnego ja”, ścieżką realizacji społecznej, pokazania zalet intelektu w karierze naukowej czy sprytu w biz­nesie, ale nie zalet serca. Część dziewczynek wybiera co prawda drogę kobiecą, ale nie ma­cierzyńską, bo to się wiąże z wzięciem odpo­wiedzialności, przed którą uciekają. Wybierają więc drogę „aktorki”, „modelki”. Najważniejsza staje się erotyka, seksualność, wypromowanie swego ciała.

Kobiety wnoszą do cywilizacji nową wartość, pewien poziom wrażliwości, odpowiedzialności nieco innej niż męska i wyrazistą pragmatykę życiową. Wiele kobiet płaci jednak wysoką osobistą cenę za sukces zawodowy, popular­ność i społeczne zaangażowanie. Są świetny­mi pracownikami w firmach, ale źle sobie radzą w relacjach uczuciowych czy w życiu rodzinnym. Wiele z nich musi dokonać wyboru, czy być mniej użyteczną dla społeczeństwa, ale bardziej szczęśliwą w domu i życiu wewnętrz­nym.

Mężczyźni też muszą mierzyć się z rozterkami. Stają się bardziej kobiecy, nie realizują się we wzorcach męskich, mają problemy ze sobą, popędem seksualnym, ciałem i agresją, a w konsekwencji ze swoją tożsamością, uzależ­niają się od swoich rodziców lub pozwalają ni­czym chłopcy kierować swym losem kobietom, tj. matkom, żonom, partnerkom.

 I z takimi problemami przy­chodzą na terapię?
Kilkanaście lat temu typowym pacjentem był uczeń liceum, który miał problemy w nawiązy­waniu kontaktów, z poczuciem własnej warto­ści, miewał stany depresyjne typowe dla mło­dzieży, na przykład na tle zakochania. Obecnie odpowiednikiem takiego pacjenta jest osoba lat ok. 25-30, która jest w związku, ma niepla­nowane dziecko, a utrzymanie zapewniają jej rodzice lub teściowie. Często nie potrafi skoń­czyć studiów, ma problemy ze znalezieniem sobie pracy, hazard i używki to niemal po­wszechność. Nie umie zaopiekować się dziec­kiem albo koncentruje się na nim histerycznie lub obsesyjnie, a to prowadzi do problemów małżeńskich. Taki trzydziestolatek (lub trzy­dziestolatka) nie potrafi połączyć funkcji ojca/ matki z funkcją męża/żony, pracy zawodowej z obowiązkami rodzinnymi. To staje się zbyt skomplikowane.

Wyręczane kiedyś dziecko staje się dorosłe i wciąż musi być wyręczane i to w coraz więk­szym zakresie. Potrzebuje od swoich rodziców pieniędzy na utrzymanie, ale z drugiej strony nie jest w sanie odmówić sobie zakupu dro­giego sprzętu elektronicznego czy wyjazdu na wycieczkę zagraniczną.

Z tego, co Pan mówi, wynika, że już pokolenie wcześniej opieka rodzicielska uczyła dzieci bezradności. To nie jest coś charakterystycznego dla obecnych czasów.
Tak. Ale z pokolenia na pokolenie ten problem się pogłębia. Od pewnego czasu obserwuje­my trend kulturowy, w którym to młodość jest w centrum uwagi, w związku z czym to, co dorosłe, związane z odpowiedzialnością, jest dewaluowane. Widać to, na przykład, w syste­mie skolektywizowanej edukacji, który wtłacza młodym ludziom wiedzę, a kryterium przygoto­wania do życia jest liczba punktów w testach i średnia ocena na koniec roku. Nie uczy się na­tomiast budowania więzi społecznych, odpo­wiedzialności za wspólnotę, za przyszłe życie, autorefleksji, bo tego testy nie mierzą.

No to aż strach pomyśleć, jakie będą nasze dzieci…
Na szczęście w każdej epoce są zjawiska po­zytywne, naprawcze. Obserwujemy procesy degradacyjne, produkujące osoby beztroskie i nieodpowiedzialne, ale nie brakuje też lu­dzi młodych, którzy wkraczając w dorosłość, są dojrzali i odpowiedzialni, czasem nawet nad wyraz. Zaczynają stosunkowo wcześnie myśleć o swojej pracy zawodowej, o grupie i rodzinie. Potrafią w wieku szesnastu czy sie­demnastu lat sformułować swoje cele życiowe i zainteresowania w kontekście indywidualnych zainteresowań, a nie dla zadowolenia rodziców czy w ramach naśladowania puste­go życia celebrytów. A narzędzia, które innym ułatwiają ucieczkę od rzeczywistości, jak np. Internet, służą im do rozwoju. Przyspieszone procesy zmiany kulturowej i społecznej, za którymi nie nadąża wiele jed­nostek, są źródłem zjawiska rozszczepienia: obok osób, które nie dojrzewają do podsta­wowych ról życiowych w wieku trzydziestu lat, jest wiele takich, które w tym samym wieku są wszechstronnie przygotowane do odpowie­dzialnego pełnienia ról społecznych, zawodo­wych, rodzinnych. Odrębną grupą są osoby mniej odpowiedzialne, ale kreatywne, które potrzebują dodatkowego dziesięciolecia, żeby dojrzeć do wypełnienia sensu swego życia. Kolejną grupą są osoby przedwcześnie wydo­roślałe, zbyt poważne, które są ofiarami niedojrzałości rodziców i utraciły dziecięce pokłady radości, przez co stały się zbyt schematyczne, nieuduchowione.

Dziś już w przedszkolach dzieci mają możliwość zrobienia wielu kursów. Ich obecność tłumaczy się potrzebą rozwoju, „przecież to się dziecku przyda w przy­szłości”, ale czy to nie jest od­bieranie dzieciństwa?
Owszem. Przekarmianie psychiczne, tak jak nadmiar jedzenia,  to  szkodliwa  przesada. Pewnych procesów psychicznych, emocjonal­nych czy społecznych nie można przyspieszać czy skracać w sposób sztuczny bez negatyw­nych konsekwencji dla rozwoju psychicznego i społecznego, np. przez obowiązek podjęcia wcześniejszej edukacji czy przeładowywanie zajęciami dodatkowymi, korepetycjami itp. Zadowolony rodzic, dyrektor szkoły czy ku­rator to nieszczęście wielu dzieci. Motywem ich działań jest często zadowolenie z siebie, wskaźniki statystyczne, a nie szczęście i roz­wój dziecka. Zadaniem rodzica i wychowawcy jest towarzyszenie dziecku w jego dorastaniu i bycie wsparciem w rozwijaniu jego naturalnych talentów, pomaganie w rozpoznaniu siebie, a zwłaszcza ewidentnych talentów i rozwojo­wych skłonności. Przedwczesne kształtowanie czy zaopatrywanie dziecka w sztuczne umie­jętności, które stają się balastem w jego psy­chice, informacją mylącą, to dla niego ewident­na szkoda. Po pierwsze z powodu nadmiaru materiału do przyswojenia, po drugie z powodu chaosu bodźców, którym się je atakuje. Wielu rodziców staje do wyścigu w wyimagino­wanym konkursie na to, kto wyśle swoją pociechę na lepszy kurs. A to się niewiele różni się od konkursów piękności dla dzieci. Przystraja­nie dziecka w stroje czy też w kursy, w szko­lenia, to świadectwo nieświadomości i bezrad­ności rodzica, który nie rozumie negatywnych skutków własnych działań. Dobre wychowanie to świadomość tego, co się dziecku proponuje i pewność, że będzie to dla niego – a nie dla rodzica – korzystne.

Na terapię przychodzą dziś osoby z olbrzymim śmietnikiem psychicznym i zanim rozpocznie się proces wspierania ich w budowaniu własnej drogi życiowej, trzeba ten śmietnik najpierw opróżnić. Ten śmietnik to mieszanina nieprzy­datnych treści pochodzących z mediów, od rodziców i od pogubionego w informacyjnym chaosie systemu wychowawczego.

Pogubionego?
Pogubionego, bo dzieciom przekazuje się dziś wiedzę i umiejętności, a zapomina o ukazywa­niu wzorców. Karmimy nasze pociechy systemami zakazów i nakazów, utopijnymi projekta­mi, niepotrzebnymi informacjami „z kosmosu”, a nie pokazujemy wzorców, które pomagają żyć i uczą rozumienia siebie.

O jakich wzorcach mówimy?
Radzenia sobie w sytuacjach trudnych, takich jak ból, choroba, cierpienie, samotność, bez­radność. W życiu dorosłym niezbędna jest też umiejętność zaakceptowania porażki, sztuka bycia pokornym, radzenie sobie z własnymi ograniczeniami. Przegrana to jeszcze nie katastrofa, jak nam się często wydaje. Równie ważne są też wzorce bezpieczeństwa, radości i  szczęścia, które wypływają z wnętrza – tj. sztuka zaopiekowania się sobą, sztuka reali­zacji siebie i dzielenia się zdrowiem, talentami i szczęściem z innymi.

Może brakuje wzorców, bo dzieci nie uczestniczą w życiu rodziców, zwłaszcza zawo­dowym. Dawniej syn obser­wował, jak pracuje ojciec, jak sobie radzi z trudnościami, podobnie córka patrzyła na matkę. Teraz praca, którą wy­konują rodzice, jest dla dziec­ka niedostępna.
Bardzo poważnym brakiem naszej cywilizacji jest właśnie zanik relacji mistrz-uczeń. Takim naturalnym mistrzem był rodzic, który przez kolejne czynności i procesy społeczne, także przez rytuały, przekazywał, jak być dorosłym, kim można być w wieku dojrzałym, jakie nie­uchronne wyzwania czekają na młodą osobę, kiedy wkroczy w dorosłe życie. Ja z wdzięcz­nością wspominam dziś słowa ojca, który przy różnych okazjach powtarzał: „Zobacz, to ci się kiedyś w życiu przyda”. O zwykłych sytuacjach mówił niejako, że to jest wzór, a nie tylko proste mało znaczące działanie.

Czyli czego tak naprawdę dziecku potrzeba?
Najlepszą rzeczą, jaką dorośli mogą przeka­zać dzieciom i wychowankom, nawet w cza­sach szoku kulturowego, są wzorce życia, a nie wyrwana z kontekstu informacja, wyręcza­nie i niekończąca się opieka, która z młodych osób na progu życia czyni psychicznych i spo­łecznych inwalidów lub sztuczne marionetki, bezduszne manekiny z wystawy. Człowiek jest istotą biologiczną, psychologicz­ną, społeczną i duchową. Rodzina ma odzwier­ciedlić wszystkie te cztery wymiary. Wymiar biologiczny to potrzeby ciała, kontakt fizycz­ny, zabawa, ruch, również aktywność fizycz­na, praca, rozwój sfery erotycznej. Potrzeby psychologiczne to: potrzeba bezpieczeństwa, bliskiego kontaktu, nawiązywania relacji, przy­jaźni, głębokich więzi, ale też potrzeba indy­widualności, odkrycia własnego „ja”. Badania dowodzą, że nawet kilkutygodniowe noworod­ki zaznaczają swoją indywidualność. Rodzice powinni zauważyć ją w dziecku możliwie wcze­śnie i pomóc mu jąodkryć. Psychologia, tak jak biologia i tradycyjne przekazy religijne, mówią o tym podobnie: nie ma dwóch identycznych osób, nawet bliźnięta jednojajowe różnią się między sobą. Wymiar społeczny to wychowa­nie, zrozumienie wzorców kulturowych lokalnej społeczności, odkrycie, kim mogę być jako człowiek dorosły, jako członek społeczeństwa. Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej jest, jeśli rodzice w procesie przekazywania wzorców podzielą się rolami, wyspecjalizują w tym, co potrafią najlepiej. Matka zajmuje się zazwyczaj bezpieczeństwem, komunika­cją emocjonalną, ma czas dla dziecka i pełni funkcje ochronne, ojciec natomiast wytycza granice, wyznacza cele skłaniające do rozwi­jania zdolności. Tam, gdzie rodzice sobie nie radzą, lepsze jest wycofanie. W wolne miejsce wkroczy wtedy zastępcza matka lub zastępczy ojciec pod postacią starszego rodzeństwa, kolegi, nauczyciela, wujka, cioci, literackiego lub filmowego bohatera.

Wymiar duchowy kształtuje się przez wskazy­wanie na wyższą rzeczywistość, którą trudno zdefiniować racjonalnie i objąć zwykłą świa­domością. Duch wyraża się poprzez symbole, które łączą przeciwieństwa, np. dobro i zło, życie i śmierć. Wskazuje na większe całości, takie jak rodzina, plemię, wspólnota narodowa, ludzkość. Jednostka to kropla w oceanie. Świa­domość i poczucie przynależności do „swego oceanu” wyzwala ducha. Dlatego ludzie się łączą w drużyny i grupy. Dojrzałe wspólnoty łączą się nie ze względu na lęk, choć bezpie­czeństwo jest ważne, ale ze względu na cel i wyższy sens. Bogactwo symboli zapisywane jest i ciągle odtwarzane w sztuce, mitach, ba­śniach, przekazach religijnych. Żywy duch, to żywy symbol – i odwrotnie. Żywe symbole bu­dzą świadomość człowieka do przeżyć natury duchowej. Nawet gdy ktoś umiera, to pamię­tają o nim żywi. Nie ma ciała, ale jest jakieś psychiczne wyobrażenie, wspomnienie osoby, jakiś symbol jej życia, np. cenna pamiątka lub ponadczasowy czyn. Duchowa więź obejmuje więc śmierć i życie. Podobnie jest z symbola­mi dobra i zła. Postępujemy źle, krzywdzimy, ale duch osoby obejmuje i te złe czyny, jak też dobre.

Wracając do początku naszej rozmowy, to kie­dyś rzeczywiście nie koncentrowano się tak na dziecku. I myślę, że w wielu przypadkach pozwalano w ten sposób dziecku wydorośleć. Dziecko obserwowało dorosłych, podążało za nimi i po prostu w pewnym momencie stawa­ło się dorosłe. Był to czasem proces brutalny i gwałtowany, ale myślę, że w zdrowych społe­czeństwach, nie targanych wojnami i nieszczęściami, dzieci naturalnie dorastały do dorosłych ról, a przede wszystkim chciały być dorosłe, nie broniły się przed odpowiedzialnością.

Możne zatem nie tyle powinni­śmy towarzyszyć dziecku, co pozwolić mu towarzyszyć nam?
Zgadza się. Dorosły poświęca dziecku czas, kiedy ono tego potrzebuje, ale potem wraca do swoich dorosłych spraw, obowiązków. Pozwala dzieciom obserwować dorosłe życie i uczestni­czyć w nim. Tłumaczy im, na czym ono polega. Dorośli powinni być po prostu sobą.

Oczywiście dorastanie to nie tylko kwestia obecności rodzica i obserwowania go. Pro­ces wchodzenia w dorosłe życie trwa długo – kilkanaście-dwadzieścia lat – i uczestniczą w nim także instytucje wychowawcze, takie jak przedszkole, szkoła, ale też telewizja, podwórko, Internet. Rodzic nie jest w stanie zapanować nad tym wszystkim w idealny spo­sób. Wystarczająco dobry rodzic jest gotowy interweniować, kiedy to konieczne, ale nie dy­żuruje przy dziecku 24 godziny na dobę, jak pielęgniarka na OIOM-ie. Jeżeli będzie obecny w ważnych momentach, jeżeli będzie gotowy do towarzyszenia dziecku bez przesadnego narzucania się, do udzielania odpowiedzi czy wyprzedzania pewnych pytań, to jest duża szansa, że pomoże dziecku wydorośleć. Wy­starczy niejednokrotnie, żeby rodzic nie prze­szkadzał dziecku w stawaniu się dorosłym. I to jest już bardzo dużo.  Primum non nocere – „Po pierwsze, nie szkodzić”.

z dr. Zenonem Waldemarem Dudkiem psychiatrą i psychoterapeutą,rozmawiają Marta Wielek i Sławomir Rusin

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  BYĆ DOSKONAŁYM RODZICEM, NUMER 6-7 2013
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTU: http://www.list.media.pl/list/prenumerata/