≡ Menu
malzenstwojestdobre.pl
dziecko i my

Kiedy posyłamy dziecko do szkoły, musimy być świadomi, że ujawnią się w niej nie tylko jego talenty ale i jego słabości. Zadaniem nauczycieli i rodziców powinno być wtedy udzielenie uczniowi wsparcia. To teoria, w praktyce okazuje się, że do tych zadań często nie jesteśmy przygotowani, zwłaszcza jeśli chodzi o reagowanie na słabości.

W zeszłym roku nasza sześcioletnia córka rozpoczęła edukację szkolną i na koniec roku jej wyniki były zadowalające. Kilka lat wcześniej nasz najstarszy syn Józio poszedł do szkoły jako siedmiolatek i miał problemy z czytaniem i pisaniem. Po dwóch miesiącach uczęszczania do pierwszej klasy, wychowawczyni na wywiadówce – chwała jej za to! – zasugerowała, żeby wysłać Józia do poradni psychologiczno pedagogicznej. Poszliśmy. Diagnoza brzmiała: „dziecko z ryzykiem dysleksji”.

„zieloni” rodzice
Co tu ukrywać – przeżyliśmy szok. Przecież nasz pierworodny był inteligentnym chłopcem, jego słownictwo, dar opowiadania, świetna pamięć rokowały, że z nauką pójdzie mu „jak po maśle”. Nie byliśmy przygotowani na taką niespodziankę.
Dla opiekunów jakiekolwiek problemy w wychowywaniu i edukowaniu dzieci są niewygodne. Rodzice i nauczyciele modlą się, by dziecko sprawiało jak najmniej kłopotów.
Dysfunkcje mogą bowiem powodować, że dzieci będą zachowywać się – oględnie mówiąc – niestandardowo. Stąd wielu rodziców, jak to obserwowaliśmy z żoną, wstydliwie ukrywa „felery” dziecka albo je lekceważy, jeżeli dysfunkcja nie jest nadto widoczna („przecież mamy tyle ważniejszych problemów na głowie!”). Niestety, zaniechanie mści się po latach. Nam „się udało”: Józio na tyle dziwacznie się zachowywał (1), że musieliśmy zmierzyć się z problemem. 
Musieliśmy rozpocząć wieloletnią, żmudną pracę. Każdego dnia, po lekcjach, pracowaliśmy w domu z synem. Trwało to kilka lat.  Byliśmy „zieloni” w dziedzinie dysleksji, więc samo zaznajomienie się z opisem tej przypadłości wywoływało w nas lęk. Powiększał go ogrom metod radzenia sobie z dysleksją – jest ich tyle, ile teorii na temat tego zaburzenia.
Z biegiem czasu zaczęliśmy oswajać się z tematem. Odkryliśmy np., że dla dyslektyka zbawienny jest ruch. Był tylko jeden warunek – ćwiczenia należało wykonywać systematycznie. Brzmi to niewinnie, gdy perspektywa jest krótka. Ale gdy mieliśmy przed oczami miesiące i lata ćwiczeń, przestało być tak kolorowo. Praca z dyslektykiem to dla rodziców egzamin z cierpliwości. Ja byłem odpowiedzialny za wieczorne ćwiczenia gimnastyczne, które trwały kwadrans, natomiast żona (z dwojgiem młodszych dzieci na ręku) – za codzienne odrabianie zadań domowych, naukę pisania i czytania, która w tym wypadku trwała od południa do wieczora. I tak każdego dnia.
Po trzech latach edukacji udało nam się wspólnie z wychowawczynią osiągnąć duży sukces: w nauce syn nie ustępował najlepszym.  Jednocześnie uświadomiliśmy sobie, że w procesie wychowawczym nie nauka pisania i czytania stanowi najtrudniejszą część pracy z dysfunkcyjnym dzieckiem. W ostatecznym rozrachunku najważniejsza do przepracowania okazała się emocjonalność dziecka. To, co dla rówieśników Józka, nawet tych mniej inteligentnych, było proste i banalne, dla niego stanowiło nie lada wyzwanie, i to poczynając od najprostszych spraw: wstawania rano i ubrania się, umycia i pójścia na śniadanie…
Dlatego często pojawia się u niego frustracja, która zniechęca jego samego i innych do dalszej pracy. 
Wiedzieliśmy to wszystko, a jednak dopuściliśmy do poważnego błędu.

„zielona szkoła”
Propozycja była atrakcyjna: na zakończenie trzeciej klasy szkoła postanowiła zorganizować dzieciom wyjazd na „zieloną szkołę” nad morze. Ponieważ szkolna edukacja Józia szła dobrze, wspólnie uznaliśmy, że dziesięciodniowy pobyt z lubianą panią wychowawczynią i z dziećmi, które znał, jest dobrym pomysłem i usamodzielni syna. Z grupą pojechało też kilkoro rodziców innych dzieci. Mieli pełnić funkcje dodatkowych opiekunów. Józio sprawiał wrażenie zadowolonego ze zbliżającego się wyjazdu. Nic nie wzbudzało w nas niepokoju.
Po powrocie Józio był zupełnie inny. Pamiętam, jak wychodził z autokaru: na szarym końcu, zupełnie rozkojarzony. Kiedy się z nami witał, był nieobecny, jakby w innym świecie. Po kilku dniach zaniepokoiły nas powtarzające się u niego natręctwa. Przed „zieloną szkołą” miały charakter sporadyczny, po niej stały się wszechobecne. Potrafił kilka razy powtarzać czynności, które w jego mniemaniu nie były do końca dobrze wykonane, np. wielokrotnie wracał, żeby „prawidłowo” zejść z chodnika na ulicę. Sprawiało to przygnębiające wrażenie.
Żona zdecydowała się na rozmowę z wychowawczynią. Pamiętam ją po tym spotkaniu: zapłakaną, roztrzęsioną. Wychowawczyni postawiła nam bardzo poważne zarzuty. Główny – że fatalnie wychowujemy syna, nieuchronnie prowadząc go do samobójstwa w przyszłości. Pozostałe brzmiały następująco: syn całkowicie niesamodzielny, pytał o najdrobniejsze sprawy, w telewizji oglądał tylko dobranocki i bajki, przy wyjściach na wycieczki pakował się wolno i opóźniał wyjście grupy. Na koniec wytknięto nam, że poświęcamy synowi zbyt mało uwagi i… przesadnie go pilnujemy. Słuchając tych zarzutów, zrozumieliśmy, że za bardzo zaufaliśmy wychowawczyni Józia. Wydawało nam się, że mamy do czynienia z pedagogiem, który dobrze wie, czym jest dysleksja – przecież to dzięki niej rozpoczęliśmy terapię. Okazało się jednak, że tak nie jest. Nauczyciel widzi dziecko przez kilka godzin w ciągu dnia. Rodzice mają do czynienia z dzieckiem od pobudki do pobudki. A dziecko inne jest w ławce szkolnej, a inne na podwórku i w domu… To, z czym wychowawczyni miała do czynienia w szkole przez trzy lata, było małym wycinkiem dysfunkcji Józia. Nigdy nie widziała go prywatnie, „od kuchni”. Do czasu „zielonej szkoły”, która na dziesięć dni stała się domem Józia, tyle że domem bez rodziców.

skutki niewiedzy
Według Ronalda Davisa, amerykańskiego pedagoga, jednym z symptomów dysleksji jest dezorientacja. Jedną z przyczyn może być
zbyt wiele nowego. Począwszy od podróży autobusem w nowe miejsce, przez mieszkanie w nieznanym wcześniej domu, nowym pokoju i łóżku, nocy bez rodziców, aż do wielu innych nowości – wszystko to wywołało u Józia dezorientację. Okazało się, że opiekunowie zapomnieli, iż przejmują nad dziećmi wszystkie funkcje rodzicielskie – zwłaszcza te związane z całodobową opieką. Nie chodzi tylko o jedzenie, mycie czy spanie, ale przede wszystkim o doradzanie, co robić, gdy boli, bo zdarzył się upadek; gdy ogarnia niepewność w co się ubrać; jak przetrwać tęsknotę za bliskimi, do których nie można się przytulić? Samotny, zagubiony niespełna dziesięcioletni dyslektyk, który przez 24 godziny na dobę znajduje się w nowym miejscu bez rodziców, reaguje „nieradzeniem sobie”. Zwykła opieka szkolna to za mało dla dzieci z dysfunkcjami. Józek potrzebował doradztwa permanentnego – takie są potrzeby dyslektyków – stąd ich „nienormalność”. Zaskoczeni opiekunowie wyciągnęli niewłaściwe wnioski: dla nich zachowanie Józia było skutkiem błędów wychowawczych rodziców, a nie „przypadłościami dziecka”. Szczególnie zdziwiły nas opinie rodziców, którzy pojechali ze swoimi pociechami na „zieloną szkołę”, zapewniając im całodobową opiekę. Oczekiwali samodzielności od innych uczniów, nie oczekując tego od swoich dzieci.

trochę optymizmu
Dzisiaj już wiemy, że zaraz po tym wyjeździe nauczyciele powinni nam kategorycznie powiedzieć: „Nie powinniście byli wysyłać dziecka samego!” 
Od tamtego zdarzenia minęły cztery lata. Józio jest już w gimnazjum. Konsekwentnie usamodzielnia się – wyjeżdża sam na obozy narciarskie, pod koniec pierwszej klasy był na „zielonej szkole” za granicą i wrócił bardzo zadowolony. Nauczyciele gimnazjalni go chwalą – m.in. za dużą wiedzę historyczną. Ewidentny błąd sprzed czterech lat został naprawiony, ale kosztowało nas to wiele nerwów i nieprzespanych nocy. Mieliśmy sporo szczęścia, pomogli psychologowie, którzy wnieśli dużo spokoju, tak potrzebnego w korygowaniu dysfunkcji syna. Pedagodzy uczący Józia w klasach 4-6, poinformowani o jego problemach, dzielnie go wspierali. My zaś kontynuowaliśmy terapię i konsekwentnie towarzyszyliśmy synowi w jego doli i niedoli. Wszystkie te wspólne działania uświadomiły nam, że dzięki żmudnej pracy, dysfunkcję można skorygować. Nie znaczy to jednak, że zupełnie ona znika. 

Niedawno spotkałem kobietę, której dorastająca córka cierpi na depresję. Ma żal do siebie i do wychowawców z jej przedszkola i szkoły podstawowej, że bagatelizowali zachowania córki, które z dzisiejszej perspektywy były wyraźnymiobjawami choroby.
Po naszych doświadczeniach z synem widzę, jak ważne w wychowaniu jest reagowanie na nieradzenie sobie dziecka z rzeczywistpścią. Szczególnie, gdy nie dzieje się to sporadycznie. Problemy dziecka mają swoje przyczyny. Ich znajdowanie to pomaganie dziecku – to sens procesu wychowawczego. Kłopot tylko w tym, że często unikamy konfrontacji z nimi.

Piotr Dylik

(1) Gdy piszę „dziwaczne” zachowania, mam na myśli takie, które odbiegają od powszechnie oczekiwanych. Np. jeżeli grupa chłopców zawzięcie kopie piłkę, a jeden z nich woli zabawę w piasku, to dla tych kopiących jego zachowanie jest dziwaczne.

ŹRÓDŁO: MIESIĘCZNIK KATOLICKI LIST,  JAK PRZETRWAĆ W SZKOLE, NUMER 09.2012
ZAMÓW PRENUMERATĘ LISTUhttp://www.list.media.pl/list/prenumerata/